Kto sprawdzi, co trafia do biogazowni?
Mała miejscowość w województwie lubuskim liczy około dwustu pięćdziesięciu mieszkańców. Hoduje się tu drób, a w gminie działają już instalacje przemysłowe i energetyczne — więc mieszkańcy do sąsiedztwa z przemysłem raczej przywykli. Teraz ma dojść kolejna: biogazownia rolnicza o mocy około 3 MW, czterysta metrów od najbliższych domów. Nikt nie protestuje przeciwko odnawialnym źródłom energii jako takim. Pytanie, które zadają mieszkańcy, jest inne — kto sprawdzi, co tak naprawdę przywiozą tam ciężarówki.
Wieś, która już zna przemysł
Krzeszyce to gmina rolnicza w województwie lubuskim, ale nie sielska w sensie „nic tu się nie dzieje” — w okolicy działa hodowla drobiu, a na terenie gminy funkcjonują też inne instalacje przemysłowe. Do biura poselskiego Pauliny Matysiak zgłosili się zaniepokojeni mieszkańcy.
Matysiak od razu zaznacza w interpelacji, o co mieszkańcom nie chodzi. „Nie są przeciwko odnawialnym źródłom energii ani samej idei biogazowni” — pisze. Chodzi o coś innego: jakie materiały będą dowożone, skąd będą pochodzić, jak często pojedzie transport, czy pojawi się smród i czy inwestycja nie zagrozi okolicznym gospodarstwom. To wszystko pytania, na które obowiązujące procedury nie dają dziś jasnej odpowiedzi.
Obornik bez pieczątki weterynarza
Biogazownie rolnicze mogą wykorzystywać obornik, gnojowicę, pomiot drobiowy czy inne produkty uboczne pochodzenia zwierzęcego — a mimo to Inspekcja Weterynaryjna nie musi się w ogóle wypowiadać przy opiniowaniu takich inwestycji. Nie ma takiego obowiązku nawet wtedy, gdy instalacja powstaje kilkaset metrów od hodowli drobiu.
„Polska od lat zmaga się z chorobami zakaźnymi zwierząt, takimi jak grypa ptaków czy ASF” — przypomina posłanka. Transport i przetwarzanie materiału odzwierzęcego to jeden z najbardziej pilnowanych elementów bioasekuracji w rolnictwie — poza, jak się okazuje, procedurą lokalizacyjną dla biogazowni.
Sprawa większa niż jedna wieś
To tłumaczy, dlaczego sprawa trafiła aż do trzech ministerstw, a nie tylko do lokalnych władz. Jak podkreślają sami mieszkańcy Muszkowa, ich pytania nie dotyczą wyłącznie tej jednej inwestycji, lecz wszystkich tego typu instalacji w kraju. Skoro nikt nie reguluje pochodzenia substratów ani udziału weterynarii, dotyczy to każdej kolejnej biogazowni, nie tylko tej pod Krzeszycami.
Przepisy nie precyzują, skąd biogazownia rolnicza może sprowadzać substraty ani jak daleko mogą sięgać trasy transportu — teoretycznie także spoza Polski. Pytanie brzmi, czy planowana instalacja rzeczywiście ma przerabiać lokalny obornik od okolicznych gospodarstw, czy raczej może z czasem zamienić się w punkt zagospodarowania odpadów rolno-spożywczych i produktów ubocznych zwożonych z daleka. Granica między jednym a drugim istnieje dziś głównie na papierze.
Trzy ministerstwa, dziewięć pytań
Paulina Matysiak wysłała interpelację jednocześnie do Ministerstwa Klimatu i Środowiska, Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Ministerstwa Energii. Pyta, czy rząd widzi potrzebę włączenia Inspekcji Weterynaryjnej do opiniowania biogazowni wykorzystujących substraty odzwierzęce, czy inwestor musi ujawniać pochodzenie i trasy dowozu materiału oraz czy ministerstwa w ogóle analizowały ryzyko epizootyczne takich transportów w sąsiedztwie hodowli drobiu i trzody chlewnej.
Pyta też, czy kryteria przyznawania dofinansowania z NFOŚiGW uwzględniają lokalne pochodzenie substratów i skalę transportu — czy państwo, dopłacając do biogazowni, w ogóle sprawdza, skąd bierze się to, co się w nich przetwarza. Domaga się danych o liczbie takich instalacji w Polsce w podziale na województwa oraz ogólnokrajowych wytycznych dla samorządów, jak oceniać lokalizacje biogazowni blisko zabudowy mieszkalnej i hodowli.
„Mieszkańcy mają prawo wiedzieć, co dokładnie powstaje w ich sąsiedztwie, jakie materiały będą tam przetwarzane i jakie zabezpieczenia zostaną wprowadzone” — pisze posłanka w social mediach.
O odpowiedziach poinformujemy.







