Cztery i pół godziny pociągiem, żeby zobaczyć własną maturę
Uczeń z Lublina, który chce sprawdzić, jak oceniono jego pracę maturalną, musi pojechać do Krakowa. Pociągiem to około czterech i pół godziny w jedną stronę. W drugą tyle samo. Do tego bilet, czasem nocleg, a rodzic musi wziąć urlop albo dzień wolny, żeby dziecko w ogóle mogło dotrzeć na miejsce o wyznaczonej godzinie.
Post, który uruchomił sprawę
Problem opisała w mediach społecznościowych Aneta Korycińska, znana jako Baba od Polskiego. Pod jej wpisem posypały się komentarze osób, które przez ten sam mechanizm same przeszły — okazało się, że to nie jednostkowy przypadek, tylko coś, co dotyka rodziny w całej Polsce, ilekroć miejsce zamieszkania nie pokrywa się z siedzibą okręgowej komisji egzaminacyjnej albo punktem wyznaczonym do wglądu.
Posłanka postanowiła nie zostawiać jej wyłącznie w sferze internetowej dyskusji i skierowała interpelację jednocześnie do trzech resortów: edukacji, cyfryzacji i infrastruktury.
Miasto wojewódzkie jako minimum
Sedno postulatu jest proste. Wgląd do sprawdzonej i ocenionej pracy egzaminacyjnej powinien być organizowany co najmniej w każdym mieście wojewódzkim — nie tylko tam, gdzie akurat mieści się dana OKE. To nie rozwiąże wszystkiego – ktoś z mniejszej miejscowości nadal będzie miał kawałek drogi do pokonania. Ale różnica między dojazdem do stolicy własnego województwa a wyprawą pociągiem przez pół kraju jest ogromna — i to właśnie tę różnicę Matysiak chce zlikwidować.
W interpelacji podkreśla, że prawo do weryfikacji wyniku egzaminu nie powinno zależeć od tego, gdzie akurat mieszka zdający. Jednakowy arkusz i wspólne zasady oceniania to jedno. Realna możliwość skorzystania z procedury odwoławczej — to drugie, i akurat tego dziś zabrakło.
Skan zamiast pociągu?
Obok rozwiązania stacjonarnego posłanka proponuje coś, co brzmi jak oczywistość w 2026 roku: udostępnianie zdającym skanu ich własnej pracy po zalogowaniu do bezpiecznego systemu online. Państwo już dziś pozwala sprawdzić wyniki egzaminów przez internet. Pytanie, które parlamentarzystka zadaje wprost, brzmi — dlaczego ta sama infrastruktura nie mogłaby pokazać samej pracy?
Rozwiązanie cyfrowe nie miałoby zastępować wglądu stacjonarnego, tylko go uzupełniać. Zwłaszcza tam, gdzie dojazd oznacza dla rodziny realny koszt finansowy i organizacyjny, a nie tylko niedogodność.
Trzy resorty z pytaniami
Do Ministerstwa Edukacji Narodowej trafiło pytanie, czy problem nierównego dostępu w ogóle jest tam dostrzegany i czy resort planuje wprowadzić obowiązkowy standard wglądu w miastach wojewódzkich. Do Ministerstwa Cyfryzacji i MEN wspólnie — czy analizowano możliwość udostępniania skanów prac przez internet i co dokładnie stoi na przeszkodzie. Do Ministerstwa Infrastruktury — czy ktokolwiek liczył, ile realnie kosztuje dojazd do miejsca wglądu poza własnym województwem, i jak resort zamierza w tej sprawie współpracować z MEN.
O odpowiedzi poinformujemy.







